Miesięczne archiwum: Czerwiec 2012

Cyklokarpaty 2012 – 16 czerwiec 2012 – Jasło.

Temperatura powietrza ok. 30 stopni C, prażące słońce. W takich warunkach ścigało się ponad 300 kolarzy w ramach tegorocznej edycji maratonów MTB Cyklokarpaty. Tym razem maraton w Jaśle.

Na starcie dystansu Mega, w którym startowałem, stanęło 157 zawodników. Dystans to 59 kilometrów i 1300 metrów przewyższenia. Start i meta zlokalizowane na terenie obiektów MOSiR w Jaśle.  Trasa w większości po drogach asfaltowych i szutrowych. Nie zabrakło również odcinków obfitujących w błoto, których pokonanie wymagało sporych umiejętności.

Ustawiam się w pierwszym sektorze startowym. Startujemy punktualnie o 11.00. Pierwsze kilometry to przejazd honorowy przez centrum Jasła. Szukam najlepszego miejsca w stawce. Wyjeżdżamy na obrzeża miasta, gdzie następuje start ostry. Zaczyna się zabawa. Pierwszy selektywny podjazd po asfalcie, peleton rozciąga się, trzymam się czołówki. Następne podjazdy, „odskakuje” grupka najlepszych. Pierwsza część trasy to w większości asfalt i szuter, często pod wiatr. Ten odcinek pokonuję w grupce kolarzy jadąc równym tempem i oszczędzając siły. Trasę znam z poprzednich lat, wiem czego mogę się spodziewać. Zaczyna się podjazd pod Liwocz. Początek asfaltowy, później szuter. Upał daje się we znaki, pot kapie spod kasku. Od grupki odpadają słabsi zawodnicy. Wjazd na leśną polanę – 24 kilometr – pierwszy bufet. Zabieram „w locie” kubek izotonika i jazda. Teraz zaczyna się ostatni odcinek podjazdu pod Liwocz. Jadę równym tempem z wysoką kadencją, za mną ktoś głośno liczy stacje drogi krzyżowej stojące przy trasie przejazdu. Wreszcie szczyt, później techniczny zjazd po śliskiej glinie. Trzeba uważać, bo o „glebę” nie trudno. Dzień wcześniej padało, dlatego w lesie dużo śliskich, bagnistych odcinków. Nie rzadko koła toną w głębokim błocie. Moje opony nie trzymają wystarczająco i czasem trudno zapanować nad rowerem. Przejazd wzdłuż rzeki – okazja do opłukania roweru i chłodny prysznic. I znów leśny odcinek z błotem. Przede mną kolarz wypada z trasy. Pytam czy wszystko w porządku. Odpowiedź brzmi „OK”. Jadę dalej. Wyjeżdżam na szybki zjazd asfaltowy, prędkość prawie 50 km/h. Z opon sypie się błoto i ląduje, między innymi,  na twarzy i plecach. Jest to mimowolna okazja do posmakowania tego po czym się wcześniej jechało. Zbliżam się do drugiego bufetu. Wypijam resztki z bidonu, by móc „zatankować” do pełna. Przy bufecie grupka kolarzy, biorę kilka kawałków banana, obsługa napełnia bidon, ruszam dalej. Zmęczenie daje się we znaki. Zjadam, co zabrałem. Po dłuższym odcinku asfaltowym znów leśne bagno, przedzieram się, rower „tańczy” na śliskim podłożu, mijam zawodnika siedzącego w błocie z krwawiącym kolanem. Mówi, że „da radę”. Jadę dalej przez bagno. Tętno ponad 170. Nagle przednie koło wpada do połowy w błoto, w jednej chwili zatrzymuję się, próbuję podeprzeć się nogą, ta zagłębia się do połowy łydki w grząskim błocie. Mija mnie kilku zawodników. Wyciągam rower. Dalszą część podjazdu podbiegam „z buta”. I znów asfalt, słońce pali, czuję zmęczenie. Wjeżdżam na stary nasyp kolejki wąskotorowej. To chyba jeden z najbardziej zapadających w pamięć odcinków maratonu w Jaśle tzw. „tarka”. Teren o intensywnych, krótkich nierównościach, gdzie nie ma mowy o zachowaniu jakiegokolwiek stałego tempa. Kierownica „kopie” jak młot pneumatyczny, na usta nasuwają się niecenzuralne słowa. Mimo wszystko dochodzę i mijam dwóch zawodników. Ostatni odcinek, jazda po wale przeciwpowodziowym. Jadę na pograniczu skurczu. Za mną zawodnicy których wcześniej minąłem. Nie odpuszczam, jadę „na maxa”, wóz albo przewóz. Meta, udało się dojechać przed nimi. Z czasem 3h01m22s zajmuję 32 miejsce OPEN i 8 miejsce w kategorii wiekowej MM3.

Janusz Lewandowski – Nr 20

Cyklokarpaty – Maraton Wierchomla 2012

Cyklokarpaty – Maraton Wierchomla 2012

      Wierchomla –  Muszyna to tutaj stawiłem się do kolejnego startu na szlaku maratonów cyklokarpat. To mój pierwszy start na dystansie Giga. Do przejechania sporo kilometrów ze sporym przewyższeniem.

      Start o godzinie 11.00, machina ruszyła, słoneczko przygrzewało zwiastując nieuchronnie jakąś burzę. Długo nie trzeba było czekać bo po wyjechaniu na Wierchomli szczyt zaczął padać gęsty deszcz. Trasa maratonu zamieniła się w potoki, a okulary powędrowały z nosa do kieszeni bo nie zdawały rezultatu po zachlapaniu błotem.

      Pierwsza pętla szła dobrze chociaż zjazdy były karkołomne, po drodze urwane łańcuchy, pierwsze „gumy”, złamane widelce przednie to pewien standard w tak trudnych warunkach. Dlatego troszkę ostrożniej ale cały czas do przodu. Po około 10 kilometrach zaczął przycinać się łańcuch w moim pojeździe z powodu dużej ilości błota i wody na trasie, ale na pierwszym bufecie przepłukałem go wodą, nasmarowałem i dalej w drogę.

….. i tak przejechałem pierwszą pętlę, tj. 43 km, do przejechania zostało drugie tyle. Moja Żona Kasia zameldowała mi że póki co to jestem na 17 pozycji. Sił czułem dużo w zapasie dlatego trochę przyśpieszyłem, druga pętla szła szybciej jednak w strugach burzy która przeszła nad Runkiem i trzymała aż do samej mety. Na drugiej pętli jechałem bez klocków hamulcowych, a przy hamowaniu dobiegał mnie niemiłosierny łoskot ocierających blach o tarcze. Ostatni zjazd pokonałem dość brawurowo. Na metę dojechałem z pewnym zapasem sił. Ostatecznie znalazłem się na 12 pozycji open, a 5 w swojej kategorii. Jak na pierwszy maraton na dystansie Giga to było całkiem O.K. – polecam ten dystans swoim kolegom.

 

 

Pisał Mariusz Gawlik

Dębica, czerwiec 2012

 

 

Sielpia 16-17 czerwca

Na ten dwudniowy wyścig czekałem od momentu jak tylko pojawiła się informacja na ten temat na stronie MTB Corss Maratonu, a tu czasu na treningi dla kibica Euro 2012 mało, w dodatku po pierwszym meczu Polski z Grekami przytrafiło się coś czego nie miało być cały sezon – choroba. W domku odleżałem swoje 4 dni by w środę zrobić rozruch na trenażerku, gdyż pogoda z oknem jedynie mogła przedłużyć moją chorobę. Czwartek delikatny rozruch na górkach co już pokazywało, że forma została wykaszlana z chorobą. W każdym razie przyda się nawet porządny trening gdyż takiego niestety brakowało w tygodniu. W sobotę na miejscu meldujemy się na miejscu w domku rozpakowujemy walizki i czekamy na start czasówki. Temperatura obiecująca bo średnią z wyścigu pokazało mi 31 stopni Celcjusza. Wyścig zaczynamy po drogach asfaltowych po czym z jazd do lasu i zamiast walki z górami walka z piaskami. Tempo wyścigu wysokie ale mimo osłabienia czułem się dobrze, że z zachwytu nad formą na 2 kilometry przed metą pomyliłem trasę :) Całe szczęście, że strzałki były dość często to szybko się zorientowałem, że jestem poza trasą. W porównaniu do kolegi z Kielc moją strata 2 minut przy jego ponad 40 za pomyloną trasą wygląda i tak dobrze. Po czasówce zasłużone leniuchowanie na miejscu i regeneracja przed drugim dniem startów tym razem na dystansie o 21 km dłuższym bo 46 kilometrowym. Temperatura następnego dnia nie rozpieszczała – licznik średnią pokazuje 33 stopnie minimalną 31 maksymalną 39 stopni. Trzeba było się pilnować z wodą tego dnia i to bardzo, by się nie odwodnić. Trasa znów do walki z piaskiem i tym razem z górkami ale i jak się okazało po 30 kilometrze ze samym sobą. Po 30 kilometrze płuca piekły mnie niemiłosiernie przy oddychaniu nie pozwalając na szybszą jazdę. Do mety dotarłem ale tego dnia bez próby podjęcia walki z wyprzedzającymi mnie zawodnikami, można powiedzieć, że maraton przejechałem a nie ścigałem się. Teraz troszku się doleczyć, odpocząć i próbować podjąć walkę z dalszymi dystansami.

Podsumowując maraton dwudniowy jestem zadowolony z pobytu, nieco mniej z zajętych miejsc: sobota 95 open i 19 w kategorii, niedziela 104 open i 23 w kategorii.

Cyklokarpaty – Maraton Strzyżów 2012

Strzyżów 2012 to był kolejny etap zmagania się na trasach maratonów Cyklokarpaty.
Stanęliśmy na starcie w dobrych humorach. Ten maraton frekwencją ze strony naszego klubu nie dopisał. Byliśmy we trójkę: Mariusz Gawlik, Krzysztof Kliś oraz Piotrek Dwojak.
No i start. Tempo startowe oczywiście jak to w Cyklo bywa dość tęgie, wydawać by się mogło że to finisz a nie start. Pierwsze karty rozdane, już widać kto jest czołówka, kto pilnuje środka a kto obstawia tyły no i kto pomyka dla przyjemności, tym ostatnim to czasami zazdroszczę.
Trasa oczywiście odpowiednio przygotowana, stosowne błociaro, kałuże i inne niespodzianki terenowe. O tym żeby się gdzieś zakurzyło za człowiekiem to tylko można pomarzyć w tych cholernych cyklokarpackich maratonach. Ostatnio się zakurzyło ze dwa lata temu w Iwoniczu. Ale to nic podobno w glebie są mikroelementy, które po dostaniu się do przewodu pokarmowego kolarza wzmacniają go.
Początek postanowiłem jechać spokojnie, bo siły trzeba było rozłożyć na dystansie 60 km z przewyższeniem około 1800 m. Pierwszy zjazd dość trudny, trzymałem się dzielnie i zjeżdżałem dość szybko, jednak znalazł się bohater który nie docenił mnie i wyprzedził drastycznie. Oczywiście wsiadłem na koło „Jelenia” i ciachałem za nim. Nagle mój prowadzący przy pełnej prędkości wpadł w poślizg i został przyjęty przez rozlewisko błota robiąc dwa pełne obroty plecami po bagnie. Wyprzedzając rzuciłem okiem na śmiałka, wyglądał jak kuracjusz zażywający w sanatorium kąpieli błotnych. Ciągnąłem dalej.
Miła niespodzianka na trasie, moi wierni kibice: Kasia, Justysia, Michaś no i oczywiście Basia z Jackiem który machnął mi lewą ręką bo prawą miał w temblaku po złamaniu obojczyka. Od Kasi dostałem pić a od Basi kilka stosownych zdjęć, więcej niż reszta przejeżdżających zawodników – dzięki Dziewczyny.
Teraz wjazd do obiecanego parku krajobrazowego a tuż za moim kołem Kamil. Wymiana kilku zdań z Kamilem, takie małe chichi, rozluźnienie, zacząłem mocniej jechać. Przejazd przez skałki w parku dodał mi skrzydeł, to moje ulubione tereny do jazdy, poczułem się jak ryba w wodzie. Im bliżej mety tym lepiej szła jazda. Jednak jeden kolega po fachu przeszedł nagle jak burza obok na całkiem prostym odcinku, czyżbym jednak osłabł?. Myślę: cyborg jaki czy co? Jazda ułana nie trwała długo bo po kilku chwilach całował matkę ziemię a jego kolana wyglądały na porysowane.
Meta za 10 kilometrów tutaj postanowiłem uderzyć, ale skąd te siły na końcu maratonu? Nieważne, szedłem jak trzeba wyprzedzając sześciu zdziwionych jeźdźców. Na metę dojechałem na miejscu 10 w swojej kategorii a 27 w klasyfikacji open. To chyba dobry wynik, byłem szczęśliwy. Powitanie przez Rodzinkę na mecie, całusy uściski, no po to się jeździ!
Po wszystkim usiedliśmy całą ekipą: Jacek, Basia, Krzyś, Piotrek z narzeczoną, Kasia, Justysia, Michaś, Ja, chłopaki z Chemika tuż obok. Pośmiali, pogadali, napili piwka, ciepłe pożegnanko i do zobaczenia na następnym maratonie w Wierchomli…

Pisał Mariusz Gawlik 
Dębica, czerwiec 2012