Dzienne archiwum: 26 czerwca 2012

Cyklokarpaty 2012 – 16 czerwiec 2012 – Jasło.

Temperatura powietrza ok. 30 stopni C, prażące słońce. W takich warunkach ścigało się ponad 300 kolarzy w ramach tegorocznej edycji maratonów MTB Cyklokarpaty. Tym razem maraton w Jaśle.

Na starcie dystansu Mega, w którym startowałem, stanęło 157 zawodników. Dystans to 59 kilometrów i 1300 metrów przewyższenia. Start i meta zlokalizowane na terenie obiektów MOSiR w Jaśle.  Trasa w większości po drogach asfaltowych i szutrowych. Nie zabrakło również odcinków obfitujących w błoto, których pokonanie wymagało sporych umiejętności.

Ustawiam się w pierwszym sektorze startowym. Startujemy punktualnie o 11.00. Pierwsze kilometry to przejazd honorowy przez centrum Jasła. Szukam najlepszego miejsca w stawce. Wyjeżdżamy na obrzeża miasta, gdzie następuje start ostry. Zaczyna się zabawa. Pierwszy selektywny podjazd po asfalcie, peleton rozciąga się, trzymam się czołówki. Następne podjazdy, „odskakuje” grupka najlepszych. Pierwsza część trasy to w większości asfalt i szuter, często pod wiatr. Ten odcinek pokonuję w grupce kolarzy jadąc równym tempem i oszczędzając siły. Trasę znam z poprzednich lat, wiem czego mogę się spodziewać. Zaczyna się podjazd pod Liwocz. Początek asfaltowy, później szuter. Upał daje się we znaki, pot kapie spod kasku. Od grupki odpadają słabsi zawodnicy. Wjazd na leśną polanę – 24 kilometr – pierwszy bufet. Zabieram „w locie” kubek izotonika i jazda. Teraz zaczyna się ostatni odcinek podjazdu pod Liwocz. Jadę równym tempem z wysoką kadencją, za mną ktoś głośno liczy stacje drogi krzyżowej stojące przy trasie przejazdu. Wreszcie szczyt, później techniczny zjazd po śliskiej glinie. Trzeba uważać, bo o „glebę” nie trudno. Dzień wcześniej padało, dlatego w lesie dużo śliskich, bagnistych odcinków. Nie rzadko koła toną w głębokim błocie. Moje opony nie trzymają wystarczająco i czasem trudno zapanować nad rowerem. Przejazd wzdłuż rzeki – okazja do opłukania roweru i chłodny prysznic. I znów leśny odcinek z błotem. Przede mną kolarz wypada z trasy. Pytam czy wszystko w porządku. Odpowiedź brzmi „OK”. Jadę dalej. Wyjeżdżam na szybki zjazd asfaltowy, prędkość prawie 50 km/h. Z opon sypie się błoto i ląduje, między innymi,  na twarzy i plecach. Jest to mimowolna okazja do posmakowania tego po czym się wcześniej jechało. Zbliżam się do drugiego bufetu. Wypijam resztki z bidonu, by móc „zatankować” do pełna. Przy bufecie grupka kolarzy, biorę kilka kawałków banana, obsługa napełnia bidon, ruszam dalej. Zmęczenie daje się we znaki. Zjadam, co zabrałem. Po dłuższym odcinku asfaltowym znów leśne bagno, przedzieram się, rower „tańczy” na śliskim podłożu, mijam zawodnika siedzącego w błocie z krwawiącym kolanem. Mówi, że „da radę”. Jadę dalej przez bagno. Tętno ponad 170. Nagle przednie koło wpada do połowy w błoto, w jednej chwili zatrzymuję się, próbuję podeprzeć się nogą, ta zagłębia się do połowy łydki w grząskim błocie. Mija mnie kilku zawodników. Wyciągam rower. Dalszą część podjazdu podbiegam „z buta”. I znów asfalt, słońce pali, czuję zmęczenie. Wjeżdżam na stary nasyp kolejki wąskotorowej. To chyba jeden z najbardziej zapadających w pamięć odcinków maratonu w Jaśle tzw. „tarka”. Teren o intensywnych, krótkich nierównościach, gdzie nie ma mowy o zachowaniu jakiegokolwiek stałego tempa. Kierownica „kopie” jak młot pneumatyczny, na usta nasuwają się niecenzuralne słowa. Mimo wszystko dochodzę i mijam dwóch zawodników. Ostatni odcinek, jazda po wale przeciwpowodziowym. Jadę na pograniczu skurczu. Za mną zawodnicy których wcześniej minąłem. Nie odpuszczam, jadę „na maxa”, wóz albo przewóz. Meta, udało się dojechać przed nimi. Z czasem 3h01m22s zajmuję 32 miejsce OPEN i 8 miejsce w kategorii wiekowej MM3.

Janusz Lewandowski – Nr 20