Dzienne archiwum: 25 lipca 2012

Wakacyjny Zagnańsk

Tytuł mówi wiele o trasie tego maratonu, choć okazało się, że trasa ze świetnymi singieltruckami, kilometrów również nie mało podawał organizator bo aż 57  i 690 m przewyższeń (mój Polar pokazał 52 i 600 m przewyższeń). By do końca forma nie znikła na wakacyjny urlop pierwszy raz zabrałem rower. W prawdzie upały po 40-44 stopni skróciły moje trenowanie z 5 treningów do 4 przejazdów. Powrót z wakacji też tuż przed samym maratonem nie nastrajał optymistycznie gdyż jazdy autem było 24 godziny. Na miejscu w Dębicy jeszcze szybkie dopieszczanie roweru, ta tył poszła nowa oponka Rocket Ron ( i tu kolejna niespodzianka opona dziurawa na obwodzie, a to już drugi przypadek w ciągu ostatniego czasu – w prawdzie tylko dwie dziurki co w porównaniu do poprzedniej reklamowanej to o około 15 mniej, ale irytująca sprawa, w dodatku mleczko sikało dziurkami po suficie w piwnicy). Rankiem w niedziele szybkie pakowanie, rowery na bagażniki i z całą czwórką jedziemy na zawody (z mojego Rocket Rona niestety powietrze wolno schodziło, co czasem jest normalne po założeniu nowej opony więc za bardzo nie dobierałem sobie do głowy i stwierdziłem, że przed samym rajdem posprawdzam wszystko raz jeszcze). Na miejscu szybkie rozpakowywanie pod zabytkowymi ruinami, numerki startowe poszły na kierownicę, sprawdzam oponkę i w środku nie czuję mleczka. Na szczęście Paweł miał zapas więc szybko łyżkami odchylam oponę (zero mleczka) dolewamy pól butli opona na rant i próba napełnienia powietrzem, a opona nic nie chce się dać napompować. Jedyna decyzja skorzystać z ostatniego naboju gazowego, z którego w razie co miałem korzystać podczas rajdu.  Nabojem bezproblemowo napełniamy oponę i tu kolejna niespodzianka, podczas zakręcania zaworku drucik z gwintem zostaje mi w palcach. Niestety zapasowego nie mam, na straganach z częściami też nie, ale ratuje mnie jakiś kolega z tłumu i przywozi jeden z  zapasowych (wielkie podziękowania). Można by powiedzieć, że limit pecha wyczerpany więc wraz z Pawłem, Kubą i moim synem się udajemy. Z daleka widać, że dystans giga pojechał więc ustawiliśmy się w sektorze z Pawłem, Bartek z Kubą mają jeszcze czas do swojego startu na dystansie famili. Ze względu na rekordową frekwencję na naszym dystansie ponad 240 zawodników stoimy daleko w tyle.  Komenda start i wszyscy ruszyli. Wraz z Pawłem na asfalcie próbujemy się przebić bliżej czołówki, co nam po każdym kilometrze się udaje. Razem współpracujemy, nie napalamy się, nie wychodzimy na pierwszego, z grupki do grupki przeskakujemy na podjazdach, na szybkich singlach odrabiamy kolejne grupki i dość szybko kilometry znikają, czas się nie dłużył, aż nadszedł moment gdzie fontanna mleczka z tylnego koła nażelowała Pawłowi nogi. Kolejny maraton i kolejny kapeć normalnie załamka. Szybkie pompowanie koła pompką ręczną (a przydał by się w tym momencie nabój) i ruszam. Przed sobą na długim podjeździe jakieś 400-500m widzę koszulkę Pawła więc dużo nie straciłem i ruszam. Co obrót koła słyszę fontannę mleczka z koła i czuję ją na nogach. Po przejechaniu po utwardzonej drodze kolejnych 2 kilometrów pompowanie numer dwa (tym razem 147 wdmuchnięć) i ruszam dalej. Szczęście w nieszczęściu że kończy się już utwardzona droga na której powietrze szybko uchodzi i zaczyna się miękka ścieżka leśna co pozwala mi już nie pompować do końca wyścigu. Na metę dojeżdżam na flaku (około 0,5 atmosfery) na 122 miejscu z czasem 2:30, kapcia złapałem po godzinie i 30 minutach. Generalnie z miejsca zadowolony nie jestem, maraton z góry zakładałem jako wakacyjny więc złości wielkiej również nie przeżywałem, a na osłodę syn Bartek na dystansie Famili zajmuje 5 miejsce w kategorii co jest dla niego wielkim sukcesem (kategoria do 12 lat a chłopak ma dopiero 9). Bartek gratulacje i czekamy na wskazówki jak wygrywać :)

Marek Nosal

2012-07-22-056