Miesięczne archiwum: Wrzesień 2012

Finał MTB CROSS MARATON w Kielcach

Do zawodów finałowych zawsze trzeba się przygotować dobrze, bo na tego typu zawody zawsze zjeżdżają się wszyscy najlepsi zawodnicy z ligi. Tak samo i mnie pasowało się pokazać jak z najlepszej strony. Z myślą że ostatnie 3 tygodnie przepracowałem jak najlepiej wybrałem się do Kielc. Trasa to już dobrze znana ścieżka, gdyż już startowałem tam już dwukrotnie. Trasa liczyła 32 kilometry i 700 metrów przewyższeń.Na starcie stanęło 190 zawodników. Założenia na wyścig były dwa, zejść z czasem przejazdu poniżej 2 godzin i to tak nisko by punktów w generalce wystarczyło na utrzymanie 10 miejsca. Na starcie z Pawłem ustawiliśmy się jak najbliżej naszego sektora, by odrabiać szybko straty do pierwszej setki z sektora pierwszego. Po starcie ruszyliśmy ostro powoli przebijają się do czołówki. Wyścig szedł po myśli do momentu pierwszego przejazdu przez rzekę. Zamiast szybkiej przeprawy przez płytka wodę skręciliśmy na kładkę z słupa elektrycznego. Na kładce panowała nerwowa atmosfera, gdyż wszyscy oglądali się na resztę przeprawiającą się szybko przez rzeczkę zamiast postoju na kładce. Po przejściu przez kładkę i stracie dużej ilości miejsc ruszyliśmy dalej. Trafiłem na grupkę gdzie lekki problem miałem z wyprzedzeniem zawodnika. Ją szybszy na zjazdach, on szybszy pod górkę i tak w koło. Wreszcie po udanej próbie wyprzedzeniem odrobiłem parę miejsc. Kolejna moja walkę stoczyłem z wiatrem. Jakoś w tym sezonie opornie mi idzie jazda pod wiatr. Na szczęście na końcówce udało mi się dojść zawodnika i on pociągnął mnie przez najbardziej wietrzną odcinek, co kosztowało go utratę pozycji na moja rzecz na mecie. Zaatakowałem na przedostatnim podjeździe przed metą. Na mecie zameldowane się z czasem 1 godzina 57 minut i 75 miejscu open i 15 w kategorii. Udało się zatem zejść poniżej 2 godzin ale 10 miejsca w generalce już nie. Ogólnie był to mój najlepszy start w tym roku w tej edycji.

DSC_0039

SKANDIA 2012 – RZESZÓW

To niedzielny wypad z rodzinami, a przy okazji wyścig kolarski. Tak można w skrócie opisać to co wydarzyło się w niedzielę. Po wstępnych ustaleniach gdzie będziemy się ścigać w końcówce sezonu wyszło że Skandia będzie dobrym sprawdzianem formy i dobrym przetarciem przed finałem w Kielcach. Rzeszów niedaleko, trasa w sam raz i oczywiście niedaleko do fajnych Galerii. Mieliśmy tylko nadzieję że w ten dzień nie będzie padał deszcz bo zniszczył by wszystko co fajne. Poranna pobudka, śniadanie, pakowanie i w drogę. Na miejscu standardowa procedura – rejastracja, wjazd w teamowe ciuchy, rozgrzewka i na start. Choć byliśmy 20 min przed startem to i tak wylądowaliśmy na końcu i tak ostatniego sektora. Czekało nas 34 km nie tak trudnej technicznie trasy. Wiedzieliśmy to bo już w Rzeszowie na Skandii byliśmy w 2010 roku. W myślach marzyłem żeby przynajmniej wyrównać wynik z 2010 roku ale tak pięknie to już chyba nie będzie. Bo było wtedy 20 miejsce open i 4 w kategorii. Start z rynku więc wąsko i od razu trzeba się przebijać do przodu po ulicach miasta w prawie otwartym ruchu. niespodzianką dla wszystkich było jak koło Milenium staną przed nami autobus tarasując całkiem nam drogę. Slalom między samochodami i w drogę ale to było trochę niebezpieczne. Pierwszy podjazd bardzo długi i asfaltowy a w ogóle to było wiele asfaltu na trasie. Jazda od zająca do zająca. później trochę terenu lasu i szutrowych ścieżek. Ogólnie rajd bardzo szybki choć do pokonania trochę podjazdów było. Końcówkę jechaliśmy w trójkę dając sobie zmiany ale finisz należał do mnie. Mocno stanąłem na pedały i odstawiłem swoich kompanów. Ogólnie fajny wyścig, bardzo duża impreza. Można tez zobaczyć śmietankę polskiego MTB. A wynik satysfakcjonujący – 38 open i 9 w kategorii. 93 minuty fajnej jazdy. Na pewno jeszcze nie raz tam wrócimy. Aha jechał też z nami MISTRZ POLSKI z dnia poprzedniego. Jacek, bo o nim mowa chyba przez swoją skromność jaszcze się tym nie pochwalił na łamach naszej stronki ale jestem pewien że niebawem coś napisze WIELKIE GRATULACJE i pełen SZACUNEK.
Pozdrawiam. Borin

Skandia 09.09.2012

Na dwa tygodnie przed finałem ligi kieleckiej w jakiej startujemy trafił się w Rzeszowie dobry wyścig na przetarcie. Dystans w sam raz35 kilometrów,  bo trzeba schodzić z obciążeń (a tak przynajmniej się wydaje). Założenia przed wyścigiem, żeby się nie zakwasić aż nadto, by we wtorek można było normalnie przeprowadzić trening to tętno do 175 uderzeń, a i przy okazji założenie drugie pobić czas na tej samej trasie z roku 2010. Rano pogoda nie pewna, gdyż nie wiadomo czy będzie padało czy też wytrzymają chmury i nie spadnie kropla. Na wszelki wypadek zabrałem ze sobą startowy komplet kół. W Rzeszowie również ciężko było na godzinę przed maratonem stwierdzić czy spadnie deszcz. Ostatecznie wybrałem cięższy zestaw treningowy z Ralphami. Lekka rozgrzewka z Pawłem zobaczyć końcówkę trasy i czas do ustawiania się na starcie. Z racji, że nie starujemy w Skandii zostaliśmy zrzuceni do ostatniego sektora, a i ustawiliśmy się na jego końcu. Padł strzał i poszły konie po betonie. Dystans Mini ruszył w „otwartym ruchu ulicznym”i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Rondo za Milenium Hall w kierunku na Makro czerwone światło i autobus tarasuje przejazd przez rondo. Dla mnie startującego  normalnie po polach i lasach lekkie zdziwienie. Nic trzeba jechać nie narzekać. Grupka się na rondzie porwała więc nic innego tylko czekać na pierwszego zająca i próbować łapać grupę przed nami, bo wiatr niemiłosierny i proso w twarz. Wreszcie odważny się znalazł i ostro w pogoń za grupką, tyle że z założenia nici bo tętno 184. Powoli odrobiliśmy stratę i schowałem się za większą grupę, tętno się wyrównało więc jazda dalej. Nieco zmieniłem założenia, tętno do 173 na podjazdach. Mimo iż tempo na podjazdach nie było wysokie przy założonym tętnie jakoś nikt mnie nie mijał, za to mnie przy szczycie organizm pozwalał na szybsze przejście do mocniejszej jazdy i powoli odrabiałem pozycję. Oczywiście jak to w tym roku około 2 kilometra za pierwszym bufetem tradycyjnie pojechałem na zjeździe za jakimś zawodnikiem a kolejny za mną nie tą drogą co trzeba. Dobrze, że następni zawodnicy krzyczeli, że to nie ta droga. Na szczęście nie było to dużo do nadrobienia bo 300 metrów lekko pod górkę. Oznakowanie oczywiście było bardzo dobre to moja koncentracja zawiodła (nie pierwszy raz w tym roku). Pomyłkę trzeba szybko przeboleć i kręcić dalej, na szczęście to nie Kielce. Zjazdy leśne na Mini były dość proste więc z górek fajnie i przyjemnie się jechało, ale za to wyjazd z lasu i znów powrót ulicami do rynku w”otwartym ruchu” makabra. Wiatr szalał jak wściekły, za mną kolejni zawodnicy daleko, przed nosem zawodnik oddalony około 500 metrów, a odrabianie szło jak krew z nosa. Na przewężce drogi, gdzie był jeden pas zablokowany wykopem ruchem kierowali strażacy dbający o „nasze bezpieczeństwo” i pierwszeństwo wpuścili kolejny tego dnia autobus. Na moje słowa, którędy rozłożył chłop ręce i powiedział: biegnij pan przez żwir. No to rower pod pachę, głowę pod taśmę, jedną drugą,  na kupkę żwiru z kupki na szosę i na siodełko. Zielona koszulka mojego o 500 metrów zawodnika zniknęła, już nad zalewem, a mnie jak się okazało doszła parka kolarzy(man+woman) i jak się okazało na szczęście, bo to co mi się nie udało w pojedynkę przez 2,5 km to w trójkę ze zmianami zrobiliśmy w niecały kilometr, a mianowicie doszliśmy zielonokoszulkowego zawodnika ujechanego na „grandę” pod wiatr samotnie. Nie miał nawet siły załapać się na pociąg. Do mety minęliśmy jeszcze dwoje kolejnych „singli”, którzy również nie podnieśli rękawicy załapania się na pociąg. Na ostatniej prostej w stronę rynku z parku na czele wyprowadziła nas kobieta, a za zakrętem przy Filharmonii za moich pleców zaatakował chłopak podkręcając tempo i zrównał się z koleżanką i tak nawzajem się nakręcali. Ja ustawiłem się za chłopakiem po zewnętrznej i na 100 metrów przed ostatnim zakrętem przed metą zaatakowałem. Zawodnicy nie odpowiedzieli już na atak i tak zakończyłem zmagania na 16 miejscu w kategorii i 71 open na 358 zawodników. Czas 01:39:59 czyli poprawa o 8 minut i 30 sekund i z widokami na możliwość lepszego, gdyby nie autobusy i i moja pomyłka. Chłopakom Jackowi i Pawłowi gratulacje również dobrych wyników, ale zapewne sami coś od siebie naskrobią.