Ta ostania niedziela…

Zrobiło się zimno. Ani śladu słońca na niebie, spirytus (bo rtęci już nam używać nie wolno) jakoś tak coraz bardziej się kurczy w termometrze. Za oknem szaro i buro. A jeszcze w niedzielę było tak pięknie.

Po obiedzie wsiadłem na rower i w drogę do „byle gdzie…”. Trzy telefony do kumpli od pedałów, ale ekipa jakaś zajęta. Cóż, trzeba samotnie dosiąść rower. Najpierw lasek nad Wolicą; leśnymi ścieżkami pod górę, trochę po błocie, kilka gałęzi, korzeni. Następnie z Kopalin do Stasiówki przez las szutrówką (po drodze dwa zamknięte szlabany Nadleśnictwa). Wypadam zza zakrętu w lesie i własnym oczom nie wierzę! Czterech gości na rowerach pnie się pod górę. O nie! nie mogą być pierwsi! Tętno 183… ale mają kondychę. Dopadłem ich dopiero przy drugim szlabanie. – Cześć – rzuciłem i skręciłem na asfalt w stronę Małej. Oni pojechali prosto, więc znów nie ma się z kim ścigać. Pomknąłem z prędkością wiatru przez las (kto był to wie, że bynajmniej huraganu nie było w niedzielę). Zjazd, zakręt, 46km/h na zegarze. Na zakręcie jakaś pancia na krośnieńskich tablicach wyprzedza mnie i zajeżdża mi drogę. Wrrr… nie przytoczę co by usłyszała gdyby miała odsuniętą szybę. Gdyby nie tarczówki, pewnie musiałbym ratować się rowem. No cóż ona była szybsza, w końcu co auto to nie rower , szczególnie pod górę. Uciekła mi! Oj tam, oj tam. Jadę dalej.

Kolejny zjazd i znów ostro po hantlach. Piłka wyleciała z lasu prosto przed koło. Skąd w lesie piłka?! Czyżby ktoś ze Stadionu/basenu Narodowego się przeniósł do lasu? Nie to grzybiarze i ich dzieci. Chwała grzybiarzom! Znów przeżyłem. Tym razem nic nie powiedziałem, tylko depnąłem na pedały, bo następna górka na horyzoncie. W prawo na Południk. O matko ile tutaj ludzi! Cały parking i okolice zastawione samochodami, platforma widokowa trzeszczy w szwach, dinozaury zamieniły się rumaki ujeżdżane przez małych dżokejów. Ktoś krzyczy za mną „daj się przejechać!” A ja sobie myślę „trzeba gnać, bo zaraz będzie ciemno, a w planie zjazd do Połomi” (Jasne, że pomyślałem co innego, ale ten tekst mogą czytać również dzieci). Jeszcze płaski odcinek drogi i upragnione rozwidlenie dróg: Dębica i Pilzno. Pędzę w dół w stronę Połomi. 68km/h na zegarze to coś co lubię. Droga jak stolnica jeszcze w trakcie remontu. Piękne proste, niewiele zakrętów. Ech te zjazdy, dlaczego takie krótkie? Gębiczyna i skręt w prawo. Teraz jadę sobie lekko pod górę po świerzutkim asfalcie. Powoli słońce chowa się za lasem. Oj trzeba depnąć, bo nie mam świateł. W około 15 minut wyjazd na szczyt nad Gumniska i teraz przez las w dół do Latoszyna. Jeden grzybiarz, drugi, trzeci, czwarty, …dziesiąty. Trzeba uważać na zakrętach. Uf , jestem na dole i jeszcze całkiem znośnie jasno. Nikogo nie rozjechałem po drodze. Teraz już tylko wzdłuż „czwórki” do Dębicy i na myjnię, bo żona mnie pewnie nie wpuści do domu z takim ubłoconym rowerem… W domu gorąca herbatka z miodem, i banan. Trzeba przecież uzupełnić te spalone kalorie…

Pozdrawiam, Krzysiek