Strzyżów 2012 to był kolejny etap zmagania się na trasach maratonów Cyklokarpaty.
Stanęliśmy na starcie w dobrych humorach. Ten maraton frekwencją ze strony naszego klubu nie dopisał. Byliśmy we trójkę: Mariusz Gawlik, Krzysztof Kliś oraz Piotrek Dwojak.
No i start. Tempo startowe oczywiście jak to w Cyklo bywa dość tęgie, wydawać by się mogło że to finisz a nie start. Pierwsze karty rozdane, już widać kto jest czołówka, kto pilnuje środka a kto obstawia tyły no i kto pomyka dla przyjemności, tym ostatnim to czasami zazdroszczę.
Trasa oczywiście odpowiednio przygotowana, stosowne błociaro, kałuże i inne niespodzianki terenowe. O tym żeby się gdzieś zakurzyło za człowiekiem to tylko można pomarzyć w tych cholernych cyklokarpackich maratonach. Ostatnio się zakurzyło ze dwa lata temu w Iwoniczu. Ale to nic podobno w glebie są mikroelementy, które po dostaniu się do przewodu pokarmowego kolarza wzmacniają go.
Początek postanowiłem jechać spokojnie, bo siły trzeba było rozłożyć na dystansie 60 km z przewyższeniem około 1800 m. Pierwszy zjazd dość trudny, trzymałem się dzielnie i zjeżdżałem dość szybko, jednak znalazł się bohater który nie docenił mnie i wyprzedził drastycznie. Oczywiście wsiadłem na koło „Jelenia” i ciachałem za nim. Nagle mój prowadzący przy pełnej prędkości wpadł w poślizg i został przyjęty przez rozlewisko błota robiąc dwa pełne obroty plecami po bagnie. Wyprzedzając rzuciłem okiem na śmiałka, wyglądał jak kuracjusz zażywający w sanatorium kąpieli błotnych. Ciągnąłem dalej.
Miła niespodzianka na trasie, moi wierni kibice: Kasia, Justysia, Michaś no i oczywiście Basia z Jackiem który machnął mi lewą ręką bo prawą miał w temblaku po złamaniu obojczyka. Od Kasi dostałem pić a od Basi kilka stosownych zdjęć, więcej niż reszta przejeżdżających zawodników – dzięki Dziewczyny.
Teraz wjazd do obiecanego parku krajobrazowego a tuż za moim kołem Kamil. Wymiana kilku zdań z Kamilem, takie małe chichi, rozluźnienie, zacząłem mocniej jechać. Przejazd przez skałki w parku dodał mi skrzydeł, to moje ulubione tereny do jazdy, poczułem się jak ryba w wodzie. Im bliżej mety tym lepiej szła jazda. Jednak jeden kolega po fachu przeszedł nagle jak burza obok na całkiem prostym odcinku, czyżbym jednak osłabł?. Myślę: cyborg jaki czy co? Jazda ułana nie trwała długo bo po kilku chwilach całował matkę ziemię a jego kolana wyglądały na porysowane.
Meta za 10 kilometrów tutaj postanowiłem uderzyć, ale skąd te siły na końcu maratonu? Nieważne, szedłem jak trzeba wyprzedzając sześciu zdziwionych jeźdźców. Na metę dojechałem na miejscu 10 w swojej kategorii a 27 w klasyfikacji open. To chyba dobry wynik, byłem szczęśliwy. Powitanie przez Rodzinkę na mecie, całusy uściski, no po to się jeździ!
Po wszystkim usiedliśmy całą ekipą: Jacek, Basia, Krzyś, Piotrek z narzeczoną, Kasia, Justysia, Michaś, Ja, chłopaki z Chemika tuż obok. Pośmiali, pogadali, napili piwka, ciepłe pożegnanko i do zobaczenia na następnym maratonie w Wierchomli…

Pisał Mariusz Gawlik 
Dębica, czerwiec 2012